A przynajmniej nie tyle, ile bym chciała.

dsc_4406


Kocham książki. W sumie wszyscy kochamy. Z G. jesteśmy dumni z biblioteczki, jaką zebraliśmy przez lata, jakby była naszym kolejnym dzieckiem. Najlepiej o naszej miłości świadczy fakt, że przewieźliśmy nasze książki razem z nami i królikiem na drugi koniec Europy, rezygnując na ich rzecz z zebrania sprzętów czy sporej części ubrań. I gdybyśmy musieli przeprowadzić się do Peru czy Australii, też byśmy je ze sobą wzięli.


     Olek też często sięga zamiast tableta czy zabawek za jakąś książeczkę i siada koło mnie na kanapie, przeglądając ze skupieniem jej kartki. Stworzyliśmy dom bardzo książkom przyjazny i traktujemy je trochę jak członków rodziny, bardzo ważnych dla naszego życia. Jesteśmy uzależnieni od antykwariatów, wyprzedaży książkowych i zapachu księgarni. Teraz, z racji przebywania w kraju, którego języka nie znamy na tyle dobrze, żeby kupować tu książki, jesteśmy na odwyku. Zdałam sobie sprawę z tego dopiero, kiedy przechodziłam koło księgarni i z środka, przez otwarte drzwi doleciał do mnie ten cudowny zapach.

     Nasza biblioteczka liczy kilkaset pozycji, z których większości nawet jeszcze nie przeczytaliśmy. Mamy zapas DOBRYCH książek na parę najbliższych lat. Mimo to, prawie nie czytam.

     Sięgam po książkę często raz na dwa – trzy miesiące. Czasem mam dłuższe przerwy. Mimo tego, że dałabym radę czytać w ciągu dnia wyrywkowo po kilkanaście stron, wolę to ograniczyć. Ponieważ kiedy zaczynam czytać, przestaję istnieć.
     Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią zadowolić się kilkoma akapitami przeczytanymi w tramwaju czy kolejce do lekarza (no dobra, w kolejce do lekarza możesz akurat przebrnąć przez dwa tomy z jakiejś całkiem konkretnej trylogii). Ja tak nie potrafię. Zaczętą książkę odkładam dopiero, kiedy ją skończę. Przy Olku nauczyłam się robić przerwy na nakarmienie go, czy sprawdzenie pieluchy, ale jestem świadoma, że nie umiem się mu wtedy poświęcić w stu procentach. Układam klocki czy bawię się autkami stopą, ręce i umysł mając kompletnie zajęte czytaniem (czasem, jeśli akurat zdecyduję się na coś cieńszego, mam jeszcze wolną drugą rękę).
     Wiecie, po czym poznaję dobrą książkę? Po minus dwóch kilo na wadze i drugiej warstwie worów pod oczami (pojedyncze są u mnie standardem). Jedzenie i sen odpadają z listy priorytetów.

     Bardzo żałuję, że nieczęsto mogę sobie pozwolić na aż takie oderwanie od rzeczywistości. Jestem świadoma tego, że w czytających domach dorastają czytające dzieci. Cieszę się, że już udało nam się zarazić Olka tą miłością, bo jak kiedyś powiedział ktoś mądry: kiedy nauczysz się czytać, nigdy nie zaznasz nudny. W duchu cieszę się na myśl o słodkiej emeryturze, kiedy będziemy z G. siedzieć nad brzegiem morza trzymając się za ręce i czytając przez resztę życia wszystkie te książki, które udało nam się zebrać.

Muszę o tym wspomnieć: do przeczytania książki ze zdjęcia G. zachęcał mnie odkąd sam ją skończył, chwilę po premierze (czyli sporo czasu temu). Bardzo długo to odkładałam, sama nie wiem czemu. W tej chwili mogę Wam powiedzieć jedno: bez względu na to, czy klimaty zombie Was interesują czy nie – jeśli będziecie mieć okazję za nią złapać, nie wahajcie się. Po pierwszym akapicie wiedziałam, że wyląduje wśród najlepszych książek, jakie w życiu czytałam i nie pomyliłam się. Niczego nie żałuję tak bardzo, jak tego, że nie zabrałam dziś do pracy drugiej części.