Byłam jednym z tych dzieci. Tych, przez które rodzice nie mogą spokojnie spać. Przez które muszą znosić obwiniające spojrzenia lekarzy przy każdej wizycie. Byłam niejadkiem.

jabłka owoce żywienie

     Jeśli obliczać by skalę niechęci dzieci do jedzenia, to na dziesięć punktów ja miałam przynajmniej trzynaście. Nie jadłam praktycznie nic. Trzymałam się bardzo ograniczonej grupy pokarmów (suchy chleb, frytki, ziemniaki, płatki z mlekiem, jabłka i parę innych produktów). Nie ruszałam praktycznie mięsa, sera czy warzyw. Zresztą, nie chodziło tylko o to, że ich nie jadłam – ja się ich panicznie brzydziłam. Nie umiałam zjeść czegoś, czego dotknęło masło czy jakiś sos. Nie wystarczyło, że mama ściągnęła plasterek sera z kromki chleba, którą miałam zamiar zjeść – jeśli wiedziałam, że wcześniej ten ser na niej był, nie jadłam jej. Nie umiałam się przemóc.
     Do tej pory pamiętam, jakim koszmarem dla mnie było, kiedy na zajęciach technicznych w jednej z pierwszych trzech klas podstawówki, mieliśmy przygotowywać kanapki i sałatki. Moje oczywiście były suche, bez niczego. Już nie chodziło tylko o to, że nie chciałam zjeść sałatki z majonezem. Mnie przerażała sama myśl, że miałabym otworzyć słoik, wsadzić do środka łyżkę i nałożyć porcję na talerzyk.
     Innym razem wychowawczyni z jakiejś tam okazji częstowała dzieci koreczkami. Wiecie, te małe kwadratowe kanapeczki, na których były tylko masło i szynka. Jako, że byłam grzecznym i nieśmiałym dzieckiem, nie umiałam odmówić – przełamałam się i ze łzami w oczach zdjęłam chleb z wykałaczki i ukryłam go w dłoni. Ściskałam go tak przez resztę dnia, bojąc się wyrzucić czy choćby spojrzeć w jego stronę. Dopiero tata, odbierając mnie z lekcji, zauważył, że coś tam trzymam. Z ulgą wywaliłam to w cholerę i bardzo długo czyściłam ręce.
    Sami widzicie, że nie mieli ze mną łatwo.

     Ale i dla mnie samej był to bardzo duży problem. Bardzo szybko zorientowałam się, że jem inaczej niż reszta dzieci. Ukrywałam to, jak mogłam. Unikałam wycieczek klasowych, symulowałam ból brzucha, kiedy mama koleżanki, u której byłam akurat stawiała na stole obiad i z grzeczności naszykowała porcję też dla mnie (widzicie, to były te czasy, kiedy dzieci wychodziły z domu rano, wracały wieczorem i jadły obiad w domu tego z nich, u którego akurat się bawiły). Nie jeździłam na obozy, kolonie czy zielone szkoły. Jako jedyna nie jadłam obiadów w szkole. Wstydziłam się bardzo. Przypuszczam, że bardziej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić. W pewnym momencie wszyscy darowali sobie próby namawiania mnie do jedzenia i stwierdzili, że kiedyś pewnie z tego wyrosnę.
     Nie wyrosłam.

     Lata mijały, poszłam do gimnazjum. Pewnie większość z Was pamięta, jak wtedy jest. Dzieciaki, które właśnie zaczynają dojrzewać i niczego nie pragną tak bardzo, jak akceptacji otoczenia, zostają rzucone w totalnie nowe środowisko. Kiedy pod koniec roku klasa jechała na wycieczkę w góry, bardzo chciałam pojechać. Bałam się, jak to będzie z jedzeniem, jednak zależało mi na integracji z nowymi kolegami i koleżankami. Pamiętam, że chociaż większość moich obiadów oddawałam koleżance, to w końcu się przełamałam. Pierwszy raz zjadłam pizzę. Zjadłam jeden kawałek bez żadnych dodatków, starając się nie koncentrować na smaku czy strukturze, tylko odwalić to jak najszybciej i mieć z głowy. Po powrocie do domu sytuacja wróciła do normy. Znowu jadłam tylko kilka „bezpiecznych” rzeczy.

     Poszłam do liceum. Zaczęłam prowadzić aktywniejsze życie towarzyskie, wychodzić wieczorami, jeździć na ogniska. W domu nikt się już nie przejmował tym, co jem, wszyscy przywykli. Wpakowałam się w zaburzenia odżywiania, bo nie umiałam do końca odróżnić, kiedy jestem głodna, a kiedy nie. Stwierdziłam, że tak dalej nie może być. Strasznie się wstydziłam, ale postanowiłam powoli zacząć coś z tym robić. Poszłam do baru i zamówiłam bułkę z frytkami (słynny szczeciński przysmak) i z sosem. Nie zjadłam dużo, szybko zebrało mi się na mdłości, ale najważniejsze dla mnie było, że się przełamałam. Tym sposobem w wieku prawie siedemnastu lat zaczęłam sobie sama rozszerzać dietę.
     Małymi kroczkami, dzień po dniu, udało mi się wprowadzać kolejne rzeczy. Dalej było mi ciężko, kiedy musiałam zjeść u kogoś obiad. Dalej każdy kolejny gryz był moim małym sukcesem. Powoli zaczynałam jeść jak większość ludzi.

     Ten proces się jeszcze nie skończył. Ciągle próbuję nowych rzeczy z dużym oporem, ciągle jest grupa pokarmów, których nigdy nie dotknę i ciężkie dla mnie jest choćby umycie miseczki po majonezie. Często muszę wziąć głęboki wdech i policzyć do pięciu, kiedy przypadkiem dotknę pokrojonego pomidora. Pogodziłam się z tym, że tak jest, a G. nauczył się tego, jak mi gotować (i trzeba mu przyznać, że pamięta o moich upodobaniach lepiej niż moi rodzice). Nigdy nie wnikałam w powód, dlaczego akurat ja taka byłam. Wychodziłam z założenia, że najwidoczniej niektóre dzieci są niejadkami, a ja byłam po prostu bardzo „intensywnym”. Wszystko się zmieniło, kiedy zostałam mamą.

     Zależało mi, żeby Olek nie miał podobnych problemów. Teraz, kiedy jestem dorosła, to tylko drobny dyskomfort, ale jako dziecko strasznie to przeżywałam. Czułam się inni niż wszyscy i w sumie nie miałam z kim o tym porozmawiać. Do momentu napisania tego tekstu rozmawiałam o tym tylko z G. Zaraz po jego urodzeniu zaczęłam zaczytywać się książkami i artykułami dotyczącymi rozszerzania diety. Pokochałam BLW. I zrozumiałam, że nie ma dzieci, które rodzą się z taką niechęcią do jedzenia, jak moja. Zaczęłam analizować, co mogło pójść nie tak u mnie. Raczej mało kto pamięta swoje pierwsze pokarmy, ale moja mama bardzo ułatwiła mi wyjaśnienie sprawy. Zobaczyłam jej filozofię karmienia dzieci.
     Wprowadzałam nowe jedzenie powoli, bez stresu, nie naciskając. Wolałam przegłodzić Olka trochę (nie uznajcie mnie za sadystkę, nie mówię tu o całym dniu bez jedzenia a o chociażby nie podjadaniu na spacerze i zjedzeniu całego obiadu w domu), niż zapychać go jedzeniem dla samego faktu, że je. Dbałam o różnorodność smaków, zapachów, kolorów i konsystencji. Kiedy w tym samym momencie moja mama, kiedy tylko zostawali sami, potrafiła mu dawać jedną i tę samą rzecz cały czas. Jeśli chciał jeść makaron, dostawał makaron. Szybko się nauczył, że jeśli odmówi zjedzenia czegoś innego, babcia natychmiast przybiegnie z makaronem, byle tylko nie był głodny. Ja wiem, że nie chciała nigdy źle. W końcu chciała dogodzić najlepiej jak umiała. Ale wiecie, co mówią o dobrych chęciach.
     Finał historii jest taki, że trochę za późno dotarło do mnie, co się dzieje. Olek zamiast poszerzać grupę pokarmów, które zjada, zawęził je do kilkunastu wybranych rzeczy. Pracuję na nowo nad powrotem do stanu poprzedniego, uważnie kontrolując to, czym babcia próbuje go czasem nakarmić.

     Kochani rodzice, dziadkowie, ciocie i wszystkie inne osoby, które biorą udział w rozszerzaniu diety niemowląt – jeśli Wasze dziecko jest podobne do mnie, kiedy byłam mała – nie bójcie się. Nie wciskajcie mu jedzenia na siłę. Nikt nie umarł od tego, że raz czy dwa nie zjadł kolacji czy obiadu. Jeśli nie chcecie, żeby sytuacja potoczyła się w takim kierunku, jak u mnie – odpuśćcie. Nie było jeszcze w historii dziecka, które zagłodziło się na śmierć tylko z kaprysu i przekory. Jeśli pozwolicie przeczekać jeden czy dwa posiłki, nie stanie się nikomu krzywda, a za to Wasza pociecha radośnie zje cały talerz nowej potrawy. I jeszcze poprosi o dokładkę.