Niektóre z nas mają szczęście. Mają cudownych partnerów, z którymi dzielą opiekę nad dzieckiem. Czasem jednak, mimo związku, nadal można być samotną matką.

dsc_7905


Jestem jedną z tych szczęściar. Mam G., który Olkiem się interesuje, który spędza z nim czas i który mi pomaga. Pomaga. To tutaj kluczowe słowo. Bo w naszym społeczeństwie dobry mężczyzna to ten, który pomaga przy dziecku, pomaga w domu. Jakby było to przejawem łaski i dobrej woli, zamiast oczywistą oczywistością wynikającą z tego, że razem zrobiliśmy małego człowieczka, który jest w połowie mną, a w połowie nim.

     Chociaż użyłam tego słowa, to fakt faktem podział obowiązkami u nas jest sprawiedliwy. Fakt, może czasem się wkurzam, kiedy to ja muszę jednocześnie szykować siebie i Olka do wyjścia, albo kiedy muszę tłumaczyć, co dokładnie znaczy „spakuj Olka przed wyjściem”. Mimo wszystko, jest sprawiedliwie – ja wiem, że trzeba spakować pieluchy i mokre chusteczki, a G. wie, która zjeżdżalnia w mieście jest najlepsza i jaka aktualnie jest ulubiona zabawa Olka.
     Dlatego smutno mi, kiedy myślę, że niektórym kobietom ich mężczyźni, ojcowie ich dzieci, nie pomagają.

     To wcale nie jest obcy obraz i przypuszczam, że nie musicie zbytnio wysilać wyobraźni, żeby to zobaczyć: kobieta siedzi w domu z dzieckiem, mężczyzna pracuje. Ona sprząta, gotuje, umawia wizyty do lekarza, wychodzi na plac zabaw, do parku, chodzi na szkolne wywiadówki, pamięta imiona przyjaciół, ulubionych zabawek i harmonogram zajęć dodatkowych. Zna wszystkie upodobania i antypatie. On po pracy odpoczywa, a kiedy ma zostać na dwa dni sam z dzieckiem, musi dostać dokładny rozkład dnia. A i tak się dziwi, kiedy się okazuje, że jego dziecko ma alergie na orzeszki ziemne i na kolacje je płatki z zimnym, a nie z ciepłym mlekiem.

     Prawda, podzielili się obowiązkami. On poszedł do pracy, ona zdecydowała się zostać w domu z dziećmi. Może podjęli taką decyzję świadomie, może tak wyszło, a może po prostu byli przekonani, że tak działa świat. To nie ma większego znaczenia. Fakt pozostają bez zmian – ta kobieta sama wychowuje dziecko. Może jest żoną, partnerką, ale nadal jest samotną matką.

     Wiem, że biologia działa tak, że w pierwszym okresie życia, to matka jest bliżej dziecka. Ona nosiła je w sobie, a potem ona je karmi. W niektórych sprawach partner nie da rady jej odciążyć i każda z nas jest tego świadoma. Jednak czasem przeradza się to w kompletne wycofanie się ojca z wychowania dziecka. Jest w jego życiu i… tyle. Przeraża go zmiana pieluchy czy nawet godzinne zostanie z dzieckiem sam na sam. Nie wie, czy przed snem powinien zaśpiewać kołysankę, przeczytać książeczkę czy może zatańczyć kankana.

     To złe. Nie tylko dlatego, że przerzuca całą odpowiedzialność na kobietę. Jeśli ona się na to zgodziła i jej to nie przeszkadza, to w tej kwestii nie ma żadnych zastrzeżeń. Jednak nie znając swojego dziecka, nigdy nie będziecie umieli sprawić mu radości. Nie wiecie, czy ucieszy się z wycieczki do tunelu strachu w wesołym miasteczku, czy może wywoła to u niego atak paniki.

     Drodzy tatusiowie, zanim zaczniecie protestować i zarzekać się, że u Was jest inaczej, zastanówcie się przez chwilkę. Ja wiem, że wielu z Was aktywnie uczestniczy w wychowaniu dzieci. Spędza z nimi każdą wolną chwilę, zna ulubione bajki i wie, co zrobić, żeby przestały płakać, kiedy są smutne. Zresztą, już fakt, że czytacie wpis na blogu
     Ja mam ten komfort, że mogę wyjść z domu i nie martwić się, czy moje chłopaki dadzą sobie radę. Przypuszczam, że gdybym musiała wyjechać na tydzień, to mimo, że rozbiłoby to nasz rytm życia, to nie tylko świetnie by sobie poradzili, ale też świetnie się bawili, bo nikt nie stękałby im nad uchem, że zawody w pluciu na odległość to głupi pomysł. Niestety, jestem w mniejszości.

     Smutno mi, że tak dużo kobiet musi przechodzić przez rodzicielstwo samotnie, ponieważ to nie tylko obowiązki. To też masa radości, która zwiększa się stokrotnie, kiedy przeżywamy ją razem z naszą drugą połówką. Bo wiecie jak jest – smutek się dzieli, a radość mnoży.