Bo w tym wszystkim problem leży gdzie indziej, niż nam się wydaje.

dsc_9187


     Na początku byłam zachwycona pomysłem stref wolnych od wprowadzania dzieci. Nie jestem typem, który musi mieć swoje dziecko cały czas przy sobie, lubię zjeść w kawiarni czy restauracji na spokojnie. Wiem, że dziecko potrafi pokazać charakterek, zwłaszcza w miejscu publicznym. Jednak po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że to krok w bardzo złą stronę.

     Przede wszystkim absurdem jest, że w ogóle zaistniała potrzeba takiego zakazu. Na logikę – co mi przeszkadza dziecko przy stoliku obok? Przecież to nie mój stolik, jeśli nie zachowuje się jak opętane, najprawdopodobniej nawet nie zauważę, że tam jest. W końcu przyszłam spędzić czas z osobami przy moim stoliku, a to czy dwa metry dalej siedzi pięciolatek, matka karmiąca niemowlaka czy dziewczyny na babskim wieczorze, zwisa mi i powiewa. Więc to nie w samej obecności dziecka problem, a w jego zachowaniu.

     Tutaj pojawia się kolejny problem. Jaki jest wiek dziecka, w którym jego zachowanie może nie odpowiadać innym gościom? Jedenaście lat? Dwanaście? Czy po ukończeniu przez dziecko jakiegoś konkretnego roku życia, problem w nieodpowiednim zachowaniu znikają? Każdy rodzic wie, że czasem pięciolatek potrafi zachowywać się przy stole lepiej, niż jego dwa razy starszy kolega. Jaką więc miarą to zmierzyć?

     Problemem są rodzice. Każdy z nas zna swoje dziecko i za nie odpowiada. Ja wiem, że mogę wyjść z Olkiem spokojnie zjeść obiad na mieście, jednak zdecyduję się tylko na miejsca z tarasem, z których szybko mogę się ewakuować, kiedy jednak będzie miał gorszy dzień. Zanim zdąży przerwać innym miły dzień serią dzikich wrzasków. Niestety, sama codziennie obserwuję dzieci, nad którymi nikt nie panuje, które biegają po całym barze, kiedy rodzice zajmują się swoimi talerzami. Widziałam też matki, które uparci trzymały szlochające dziecko przy stole, zamiast chociaż spróbować je uspokoić.

     Żyjemy w społeczeństwie, a w społeczeństwie obowiązują pewne zasady. Jednak potępiać trzeba zachowanie, a nie ogół grupy. Nie widzę przeciwwskazań, żeby wyprosić rodzica z dzieckiem, które rzuca jedzeniem w starszego pana przy stoliku obok, naliczając punkt za każdym razem, kiedy trafi w łysinę na czubku głowy. Nie rozumiem jednak, czemu przez to miałby nie zostać wpuszczony inny chłopiec, który kilka stolików dalej grzecznie je obiad z okazji urodzin babci. Co będzie następnym krokiem? Zakaz wpuszczania grup liczących więcej, niż trzy osoby, ponieważ istnieje ryzyko zakłócenia innym spokoju posiłku? Limit stu mililitrów wina na osobę do kolacji, ponieważ wiadomo, że po alkoholu ludzie zaczynają zachowywać się głośniej?

     Drodzy rodzice, gorzką prawdą, którą musimy przełknąć, jest to, że po części sami do tego doprowadziliśmy. Olewając, stwierdzając, że dzieciom się wybacza. Nie próbując nawet zareagować, kiedy nasz ukochany aniołek pokazuje różki (a wiemy, że potrafi pokazać).
     Drodzy bezdzietni, nie oceniajcie całokształtu rodziców po parze buraków, która popsuła wam kolację zaręczynową. Bo to tak, jakbym ja zażądała zakazu wpuszczania w godzinach wieczornych grup panów w garniturach, bo z doświadczenia wiem, że prawdopodobnie narąbią się jak bombowce i będą głośno opowiadać sprośne żarciki. Albo tlenionych blondynek z tipsami, bo wiem, że skala ich głosu często wykracza poza granice słyszalności.


W związku z tym, że niedługo wracamy do Szczecina, a Olek jest ćmą barową, szukam jakichś fajnych miejsc, gdzie można zjeść z dzieckiem. Polecicie coś?