Wszyscy to znamy – widzimy w sklepie zabawkę, która, co prawda, pochłonie jedną trzecią naszej wypłaty, ale sprawi naszemu dziecku tak ogromną radość. Może to być totalnie wypasiony tor wyścigowy, zestaw Lego w pudełku większym niż przyszły właściciel czy domek dla lalek, którego mebelki są więcej warte niż te w naszym salonie. Chwilę się wahamy, jednak widząc w wyobraźni zachwyt dziecka, decydujemy się głodować do końca miesiąca. 

DSC_3162


      Cali w skowronkach wracamy do domu z gigantycznym pudełkiem pod pachą. W myślach już jesteśmy ściskani i całowani przez nieposiadającą się ze szczęścia pociechę. Potem spędzamy wieczór czytając jakąś dobrą książkę w fotelu i obserwując co jakiś czas jak nasz urwis bawi się grzecznie nowym  prezentem.

      Bądźmy ze sobą szczerzy – jesteśmy rodzicami nie od wczoraj. I nauczyliśmy się już, że nasze dzieci szybko potrafią sprowadzić nas na ziemię.


     Pierwsza część planu działa idealnie. Dziecko cieszy się, piszczy z radości, turla ze szczęścia i nie może się doczekać odpakowania pudełka. Przez chwilę zastanawiamy się, czy mu w tym nie pomóc, jednak odpuszczamy. Postanawiamy delektować się chwilą i obserwować z odległości, jak sobie radzi. Sięgamy po tę wymarzoną książkę czy gazetę, zajmujemy wygodne miejsce i czekamy na dalszą realizację marzeń.

     Cóż, jeśli Wasze dziecko ma więcej niż roczek, prawdopodobnie już wiecie, co będzie dalej.


     Bawi się, oczywiście. I to przednio. Tylko nie do końca zgodnie z instrukcją. Wstrzymujemy oddech i zastanawiamy się, czy to już zawał, widząc, że tor wyścigowy za siedemset złotych został absolutnie zignorowany, a nasz syn zajął się rozmontowywaniem dołączonych do niego autek na czynniki pierwsze. Przerażeni zrywamy się z miejsca i ruszamy na ratunek nowej zabawce. Siadamy obok i staramy się wytłumaczyć jak należy się tym bawić. Że najpierw trzeba ułożyć tor, potem możemy położyć na nim autka i obserwować, które pierwsze dojedzie do mety. Zaczynamy przewodzić w zabawie, a coraz bardziej znudzone dziecko siedzi obok. Po jakimś czasie odchodzi od zabawki i już nigdy do niej nie wraca. Woli urządzać wyścigi swoich starych autek, kończące się upadkiem ze stołu. Te, które się rozpadnie, odpada.

     Zaczynamy się zastanawiać, gdzie popełniliśmy błąd. Przecież ta zabawka była odjazdowa. Widzieliśmy zresztą, jak się z niej cieszy. Dochodzimy do wniosku, że widocznie dzieci tak mają. Każdą rzeczą interesują się tylko przez chwilę. Postanawiamy z drogimi prezentami poczekać do osiemnastki, może wtedy doceni.

     Tylko, że to nie tak. W momencie, w którym dajemy dziecku zabawkę, staje się ona jego własnością. Nie czymś wypożyczonym, tylko jego prywatnym, osobistym skarbem. Co jest fajnego w zabawce, którą nie możemy się bawić tak, jak chcemy? Wyobraźcie sobie inną sytuację:

     Dostajecie od współmałżonka wymarzony, wyścigowy samochód. Z zastrzeżeniem, że wolno wam nim jeździć tylko na rodzinne obiady do teściów. Żadnych wypadów z kolegami czy na przejażdżki po okolicznych drogach szybkiego ruchu. Niefajnie, prawda? Skoro coś jest nasze, to powinniśmy mieć prawo używać tego jak tylko przyjdzie nam ochota. Jeśli się z naszej winy popsuje, porysuje czy zużyje – cóż, będziemy mieć nauczkę na przyszłość, żeby obchodzić się z tym delikatniej.

    Olek kiedyś znalazł na Youtubie filmik z zabawką Ciasteczkowego Potwora, którego można było karmić ciasteczkami i wydawał wtedy śmieszne dźwięki. Oglądał to w kółko, aż w końcu przeszukałam internet i znalazłam stronę, na której mogłam go zamówić (sprowadzanego z zagranicy, więc za całkiem sporą kwotę). Ucieszył się tak bardzo, jak się spodziewałam, jednak szybko postanowił spróbować, czy poza ciasteczkami jego nowy przyjaciel lubi też inne rzeczy. Śliczne niebieskie futerko zostało pobrudzone i sklejone lodem, soczkiem, kanapką z serkiem i bananem. Potem chciał sprawdzić, czy Ciasteczkowy, tak samo jak on, lubi podrzucanie do góry. Skończyło się paroma całkiem bolącymi (dla mojej duszy i portfela) upadkami z wysokości. Zabawka szybko przestała działać prawidłowo, ale do tej pory jest jedną z ulubionych (możecie ją zresztą wypatrzyć na zdjęciu).

     Nie chodzi o to, żeby dziecko nie szanowało czy nie doceniało prezentów, które mu dajemy. Jednak o wiele skuteczniej nauczy się tego, kiedy samo odkryje, że jak coś się zepsuje, to niestety, ale nie wróci raczej do pierwotnego stanu. Coraz częściej widzę dzieci, które boją się bawić swoimi własnymi zabawkami w obawie przed tym, że jeśli coś zepsują, zostaną ukarane przez rodziców.

    Zabawki są pierwszym „majątkiem” naszych dzieci. Często nie znają wartości tych rzeczy, nie potrafią przełożyć ceny na ilość pracy, jaką rodzic musiał wykonać, żeby móc sobie na nie pozwolić. Wiedzą tylko, że coś im się podoba bardziej, a coś mniej. Pamiętam, jak mój brat wymienił w piaskownicy dwa nowe (bardzo drogie) samochodziki na pół połamanego helikoptera. Rodzice łapali się za głowę, ale on był szczęśliwy. I miał do tego pełne prawo.

     Co nam zostaje? Pozwolić naszym dzieciom bawić się po swojemu. A ja po prawie dwóch i pół roku życia z dzieckiem, które mogłoby być skrzyżowaniem Hulka, Godzilli i Czterech Jeźdźców Apokalipsy, radzę wam jedno: nie warto wydawać fortuny na zabawkę dla małego dziecka. I tak prawdopodobnie więcej czasu spędzi na zabawie kamieniem na sznurku.