Rok temu wyjechałam ze Szczecina. Miasta, które na zawsze będzie dla mnie tym jedynym. Za pewnymi rzeczami tęsknię jednak mocniej, niż za innymi.

Szczecin PŻM Cafe 22


Zapach czekolady.

Nie jest tajemnicą (przynajmniej dla mieszkańców), że Szczecin jest miastem pachnącym czekoladą. Nie wiem, na jakiej zasadzie rozchodzą się zapachy i jakim cudem zapach świeżej czekolady jest aż tak intensywny, że czuć go w całym centrum i na obrzeżach, jednak jeśli pojedziecie do Szczecina, przekonacie się sami. Nie ma nic przyjemniejszego niż nocny, zimowy spacer po Wałach Chrobrego, który umili Wam zapach czekolady. Ludzie mówią, że fabryka nie wygląda jak w Charlie’m i Fabryce Czekolady, ale ja im nie wierzę.


Żabki, Fresh Markety i Monopolowe 24/7

Może to akurat nie tyle tęsknota konkretnie za Szczecinem, co ogólnie za wygodą, którą dają tak długo otwarte sklepy. Uznawałam za tak oczywisty fakt, że o dwudziestej drugiej mogę wyjść kupić hot doga czy piwo, że kiedy nagle trafiłam do kraju, w którym sklepy zamykają o dwudziestej (a w sobotę o osiemnastej), kompletnie zgłupiałam. Doceńcie te sklepy, serio. Długo mi zajęło wyrobienie sobie nawyku sprawdzania w południe, czy aby mam wszystko, czego będę potrzebować do godziny dziesiątej rano dnia następnego. Jeśli chcecie pomysłu, jak zainwestować pieniądze i zarobić miliony – otwórzcie Żabkę w Hiszpanii.


Jedzenie.

Mówcie sobie, co chcecie, ale szczecińska gastronomia jest świetna. Nie mówię tu o restauracjach z górnej półki, które można znaleźć w każdym mieście na świecie. Chodzi mi o jedzenie na każdą kieszeń. Pomijając świetne i słynne na całą Polskę paszteciki – Szczecin jest miastem kebabów i chińskich barów. W związku z tym, że konkurencja jest duża (idę o zakład, że z każdego miejsca w mieście można w ciągu piętnastu minut trafić na budę z żarciem), potrawy są serwowane na naprawdę wysokim poziomie i za niewygórowaną cenę.


Zieleń.

Szczecin jest jednym z najbardziej zielonych miast w Polsce. Pomijając wszechobecne skwerki, trawniki, zielone podwórka (sama wychowywałam się na jednym z nich, przy ulicy Mikołaja Reja) mamy bardzo przyjemny Park Kasprowicza oraz ogromny Cmentarz Centralny, na zwiedzanie którego śmiało można poświęcić cały dzień. Jeśli spacerowanie po cmentarzu wydaje Wam się czymś na miarę nastolatków w czerni, którzy wolny czas najchętniej spędziliby odgryzając głowy nietoperzom – możecie się nieźle zdziwić. Szczeciński cmentarz jest jednym z największych na świecie, a w nocy pierwszego listopada zmienia się w naprawdę magiczne miejsce.


Fajerwerki.

Kocham sztuczne ognie, a w Szczecinie co roku są organizowane międzynarodowe pokazy pirotechniczne – Pyromagic. Drużyny z całego świata tworzą niesamowite widowisko składające się z najpiękniejszych fajerwerków, jakie w życiu widziałam. Na dodatek wybuchające w rytm muzyki klasycznej czy… Daft Punka. To coś, co trzeba zobaczyć. Nie musicie się przy tym wcale pchać na zatłoczone Wały Chrobrego, chociaż tam bez wątpienia efekt jest najbardziej spektakularny. Jeśli wolicie bardziej kameralną imprezę – z dachów większości kamienic w centrum będziecie mieć równie dobry widok.


Morze.

Zawsze myślałam, że wszyscy traktują powiedzenie o Szczecinie leżącym nad morzem jako żart. Do czasu, kiedy na własne oczy zobaczyłam turystów pytających, którędy się nad nie dostaną. Ustalmy więc raz na zawsze – w Szczecinie morza nie ma, jest kawałek dalej. Za to w całym mieście doświadczycie specyficznego, morsko – portowego klimatu. Wszechobecne kotwice (łącznie z tą na mojej klacie), stery i statki. To coś, z czym Szczecin będzie mi się kojarzył do końca życia.


Co tu ukrywać, tęsknię za tą moją małą wiochą z tramwajami. Tęsknię (a raczej tęsknimy) do tego stopnia, że postanowiliśmy wrócić. Nie dla nas życie pod palmami – z końcem tego roku, spodziewajcie się nas z powrotem!


Z racji tego, że trochę mnie już nie było – gdzie teraz zjem w Szczecinie najlepszy kebab?