Kiedyś każdy z nas marzył, żeby zostać trenerem Pokemon. Teraz, kiedy mamy szansę zrealizować marzenie dzieciństwa, zamiast się cieszyć, krytykujemy tę grę na każdym kroku.

 Dla tych, którzy nie wiedzą (o ile jeszcze tacy są), krótkie wprowadzenie: Pokemon Go to nowa gra w formie aplikacji na telefon. Powstała na podstawie bajki, która powstała na podstawie gry (serio). Opanowała wszystkich, chociaż targetem są zdecydowanie starsi gracze (między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia) – w grze spotkamy tylko Pokemony z pierwszej edycji. Te same, które występowały w bajce, którą większość z nas oglądała z zapartym tchem jako dzieci, marząc o zostaniu w przyszłości trenerem. No i oto ziściły się nasze sny – możemy biegać po ulicach wpatrzeni w ekrany telefonów i polować na kolejne okazy. Ba, możemy też wykluwać jajka, bić się z innymi graczami i zdobywać odznaki.

Internet, jak to ma w zwyczaju, rzucił się do krytyki popularnego zjawiska. Można przeczytać masę komentarzy, postów, artykułów, a nawet memów wyszydzających nową modę. Bo ludzie chodzą jak zombie, oglądając rzeczywistość tylko przez kamerę w telefonie. Biegają po mieście jak głupi, szukając jakichś śmiesznych nieistniejących postaci. Co to trzeba mieć w głowie, żeby takie rzeczy wyprawiać? Żeby to tylko dzieciaki – ale ostatnio przed barem zatrzymała nam się pięćdziesięciolatka na rowerze tylko po to, żeby złapać Pokemona. Świat oszalał?
     A no oszalał i to już dawno. I Pokemony nie mają z tym absolutnie nic wspólnego. Tak naprawdę, to ta gra jest pozytywnym krokiem naprzód. Wiadomo, wciąga i na swój sposób odmóżdża jak każda gra. Pochłania czas i pieniądze. Tylko wśród kolejnych pozycji wychodzących na PC czy konsole, wśród nawału zaproszeń do Candy Crush, ta gra zrobiła coś, co do tej pory nie udało się innym: wyciągnęła dzieciaki (i nas, dorosłych) z domu. Zamiast przesiadywać na dupie i zagryzać chipsami kolejne zdobyte levele, ludzie przemierzają kilometry. Spacerują po mieście, parku, górach, poznają swoją okolicę, chociaż wcześniej nie mieli czasu ani chęci tego zrobić. Co za różnica, czy w spacerowaniu pomaga nam muzyka na uszach, czy aplikacja do łapania stworków? To jest coś, co nasze dzieci będą z nostalgią wspominać, podobnie jak my grę w tazosy czy zabawę w chowanego czy podchody. Czy zabawa jest gorsza, jeśli zamiast ukrytych na drzewach kopert ze wskazówkami czy narysowanych na chodniku strzałek szukamy rzadkiego okazu Pokemona?
     Zresztą, ludzie nie tylko ruszyli się sprzed monitorów – dzięki tej grze zaczęli również nawiązywać nowe znajomości, rozmawiać z nieznajomymi. Ostatnio G. wyszedł z domu na nocny spacer z psem. Okolica, w której mieszkamy, jest średnio bezpieczna. Góry pełne przemytników i handlarzy narkotyków. Psa na szczęście mamy dużego, więc zapewniał jakieś pozory bezpieczeństwa. G. doszedł z psem do podnóża jednej z gór (tak, jest tam siłownia, w której gracze mogą między sobą walczyć, plus kręci się sporo Pokemonów do złapania). W pewnym momencie podjechało auto z czterema podejrzanymi typami w środku. G. patrzy na nich. Oni na niego. Jeden z nich obraca telefon ekranem w jego stronę – Pokemon Go. G. wykonuje taki sam ruch. Pokemon Go. Postali i pograli chwilę razem, a potem rozeszli się do domów.
     Ja wiem, że krytykowanie wszystkiego, co jest popularne na masową skalę jest fajne i stawia nas w pozycji niezależnego nonkonformisty, który nie daje się ogłupić popkulturą. Ale prawda jest taka, że ta gra jest krokiem do przodu. Wyrwaniem ludzi z domów. To coś, na co czekaliśmy. I chociaż wiem, że wiele osób wolałoby, żeby ich dzieci wyszły na dwór bawić się kamieniami i patykami, to jednak Pokemon Go jest do tego całkiem dobrym początkiem. Technologia się rozwija, a my musimy się z tym pogodzić i zaakceptować, zamiast płakać, że ulubioną zabawką naszego dziecka nie jest kawałek sznurka z przywiązaną do niego szyszką.