Lubimy się napić. Wypić lampkę wina do obiadu, piwo wieczorem do filmu. Po czym poznać, że to przestało być niewinne jedno piwo dziennie, a zaczął się problem?
     Wychodzę z założenia, że wszystko jest dla ludzi, o ile jest w odpowiedniej ilości i z głową. Ale głowę łatwo stracić.


dsc_9461


     Alkoholik kojarzy nam się ze śmierdzącym bezdomnym śpiącym na przystanku. Z osiedlową ekipą siedzącą na ławeczce, kupującą najtańszą wódę za kasę z zasiłku. Zapominamy – albo często nawet nie zdajemy sobie sprawy – że jest to problem o wiele szerszy. Że uzależnione są często osoby, które absolutnie nam nie pasują do tego obrazu, o których w życiu byśmy tak nie pomyśleli. Ludzie w naszym najbliższym otoczeniu. Którzy sami nie wiedzą, że mają problem.

     Wiem, że uzależnić można się od wszystkiego. Każdy z nas ma pewnie jeden lub więcej nałogów, o których nawet nie ma pojęcia. Ja mam problem z kawą. Nawet po dobrze przespanej nocy (chociaż nie pamiętam, kiedy taka mi się zdarzyła), bez wypicia rano kawy z mlekiem będę cały dzień funkcjonowała jak zombie. Wiem, że to placebo. Nie chodzi wcale o zawartą w kawie kofeinę (gdyby ktoś nieświadomie podał mi kawę bezkofeinową, zadziałałaby tak samo), a o sygnał dla mojego mózgu, którym jest smak kawy z mlekiem. Każdy ma swoje grzeszki. Jednak jedne są dużo poważniejsze od innych.

     Alkohol jest niebezpieczny. Mówię to z pełną świadomością osoby, która kocha wino i której praca kręci się wokół picia i ludzi pijących. Mimo, że zarabiam na podawaniu ludziom alkoholu i wymyślaniu kolejnych drinków, jestem świadoma tego, że istnieje bardzo cienka granica, którą łatwo przekroczyć. A może właśnie dzięki temu?

     Jedno piwo dziennie to nie alkoholizm. Jedno piwo dziennie pomaga się rozluźnić po ciężkim dniu. Wszyscy to robią. Alkoholik to jakiś zarzygany żul z bramy chlejący jabole, a nie normalnie funkcjonująca osoba, która czasem chce się napić piwa, na które w końcu zasłużyła. Nie muszę tego piwa pić, ale lubię.
     Brzmi znajomo? Większość osób się pod tym podpisze. A spróbujmy w ten sposób:
     Kreska koksu dziennie, to nie narkomania. Jedna kreska dziennie pozwala się rozluźnić po ciężkim dniu. Wszyscy to robią. Narkoman to zniszczony dopalaczami ćpun z dworca, a nie normalnie funkcjonująca osoba, która czasem chce sobie walnąć kreskę, na którą w końcu zasłużyła. Nie muszę brać tego koksu, ale lubię.
     Chociaż na początku porównanie wydaje się absurdalne, zastanówcie się. Obie substancje są używkami, które pomagają wytworzyć w naszym mózgu dopaminę. Obie uzależniają i w dużych ilościach niszczą organizm. Jedyna różnica, to stan skupienia substancji i społeczne przyzwolenie (chociaż w Boliwii powstał pierwszy na świecie kokainowy bar).

     Mocna pozycja alkoholu w naszym świecie i kompletne niedostrzeganie zagrożeń z nim związanych jest spowodowane jego obecnością „od zawsze”. Jak stwierdził pewien socjolog: gdyby alkohol został wynaleziony teraz, a nie był tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze, z miejsca zostałby uznany za twardy narkotyk i zdelegalizowany.
     Nie mam zamiaru demonizować picia. Jak wspomniałam na początku, wszystko jest dla ludzi. Fajnie jest się czasami oderwać od codzienności i wyjść na nocny spacer we dwoje z butelką wina w ręce. Napić zimnego piwa w gorący dzień. A nawet porządnie upić w gronie starych znajomych. Jednak bądźmy świadomi ryzyka i tego, że łatwo przekroczyć linię, która jest cieńsza, niż nam się wydaje.

     Gdzie w takim razie leży granica? Kiedy wieczorne piwko zaczyna być czymś więcej? Myślę, że nie chodzi o ilość czy częstotliwość, a o nasz stosunek do niego. Gdy czujemy niepokój, kiedy wieczorem nie znajdziemy w lodówce ani puszki. Kiedy okłamujemy znajomych i rodzinę, co do ilości wypitego alkoholu (i nie mówię tu o nastolatkach, które kompletnie naprute starają się wmówić rodzicom, że wypiły tylko dwa piwa). Kiedy nie pamiętamy dnia, w którym nie wypiliśmy chociaż tego jednego piwa. Gdy reagujemy agresją, kiedy tylko pojawia się temat spożywania przez nas alkoholu. Wtedy powinna nam zapalić się czerwona lampka.

   Gorąco polecam Wam dokument „Czy piję za dużo?” Obejrzany przeze mnie przypadkiem, z powodu braku internetu, jednak kazał mi się zastanowić nad tym, jak bardzo stawiamy alkohol ponad innymi używkami, bagatelizując jego szkodliwość.