I straciłam całkowicie szacunek do tego kraju.

DSC3533

  Zanim ktoś zarzuci mi hipokryzję – tak, jem mięso. Tak, jestem świadoma, skąd ono się bierze. Nie, nie przeszkadza mi świadomość tego, że mój posiłek kiedyś żył. Nie mdleję na widok całego prosiaka w sklepie czy krowiej nogi. Nie jestem przeciwniczką zabijania zwierząt dla uzyskania pokarmu. Jestem jednak bardzo przeciwna znęcaniu się nad zwierzętami w imię kultury/tradycji/zachcianki. Zresztą, o czym my tu dyskutujemy – zadawanie cierpienia nigdy nie powinno być formą rozrywki.


     Słyszeliście pewnie o wielkiej hiszpańskiej gonitwie byków. W końcu, kto nie słyszał? Też byłam świadoma, że coś takiego istnieje. Miałam w głowie obraz puszczonych ulicą ogromnych zwierząt, które bez problemu potrafiłyby skrzywdzić człowieka i bandę uciekających przed nimi idiotów, którzy na własne życzenie ryzykują zdrowiem i życiem. Nie mogłam się bardziej pomylić.


     Nie wiedziałam, że poza TĄ wielką gonitwą, większość maleńkich miasteczek organizuje własne mini biegi. Trafiliśmy przypadkowo na jeden z nich. Widzicie, naszą ulubioną rozrywką w soboty jest podroż wózeczkiem z naszej wiochy do wiochy obok, żeby zjeść dobrą pizzę. Idziemy te parę kilometrów spacerkiem, zahaczamy o plac zabaw i spędzamy miły rodzinny dzień.  Ta sobota nie była inna. Tylko, że na miejscu natrafiliśmy na pełno plakatów reklamujących jakąś imprezę. Nie znam hiszpańskiego na tyle, żeby zrozumieć całość, ale sugerując się słowami „vaca” i „toro” doszłam do wniosku, że załapiemy się na coś w rodzaju lokalnych targów bydła. Szybko okazało się, że się myliliśmy. Drzwi domów przy ulicy były zabezpieczone specjalnymi kratami, a co jakiś czas ustawiono specjalne płoty do wdrapywania się i punkty medyczne. Wszystko jasne – trafiliśmy na słynną hiszpańską gonitwę byków.
     Nastawieni na oglądanie dorosłych facetów, którzy próbują uciec przed dzikim zwierzęciem, stanęliśmy przy jednej z barierek. Oficjalny „wstęp” na trasę byków miały osoby, które ukończyły szesnaście lat. Prawda była taka, że przez płot przechodził każdy, kto miał na to ochotę, więc spokojnie razem z dorosłymi ludźmi biegały kilkuletnie dzieci. W powietrzu czuć było napięcie, usłyszeliśmy dzwony. Wszyscy czekali na byka. I w końcu się pojawił.
     Zamiast rozjuszonego, ogromnego zwierzęcia zza rogu nieśmiałym krokiem wyszedł cielak. Nie znam się na bydle, więc zaufałam opinii G., który oszacował jego wiek na półtora roku, góra dwa latka. Stanął po środku placu, nie wiedząc chyba za bardzo, co ma ze sobą zrobić i gdzie iść dalej. Rozglądał się po ludziach z nadzieją na jakąś wskazówkę i próbował zrozumieć, co się dzieje. Tłum nie czekał. Pijani ludzie (bo z racji takiej imprezy na każdym rogu za grosze sprzedawali alkohol) krzyczeli jedni przez drugich, klaskali, zaczepiali byka patykami. Robili wszystko, żeby go rozjuszyć i zwrócić na siebie jego uwagę. Przestraszony zrobił trzy kroki do tyłu i zmoczył się ze strachu. W końcu odwrócił się i ruszył biegiem pod górkę. Prawdopodobnie chciał dobiec do reszty swoich (wypuścili dwa takie byczki i trzy krowy). Ludzie stojący na jego trasie uznali to za powód do krzyków, ucieczki i bicia byka po nosie długim kijem.
     Nie patrzyliśmy więcej, poszliśmy do domu. G. tylko raz po drodze zatrzymał się zrobić jeszcze kilka zdjęć. Postanowiliśmy wrócić o północy, kiedy miało dziać się coś z ogniem. Liczyłam w duchu na pokaz sztucznych ogni, ale znając hiszpańską skłonność do podpalania rzeczy przy okazji byle święta, byłam otwarta też na inne możliwości.

     Znowu się pomyliłam. „Impreza z ogniem” oznaczała przypięcie podpalonych pochodni do rogów zwierząt i wypuszczenie ich tą samą trasą. Nie wiem, jak bieg się skończył. Mogę tylko przypuszczać, że niezbyt szczęśliwie dla zwierząt.


     To, co przerażało w tym wszystkim najbardziej, to fakt, że takie rzeczy dzieją się w teoretycznie cywilizowanym społeczeństwie. Że ludzie stoją, patrzą, cieszą się, pokazują to dzieciom, popijając wesoło kolejnego drinka. Rozrywka równa oglądaniu całymi rodzinami publicznych egzekucji kilkaset lat temu, jednak jakimś cudem nadal popularna w europejskim kraju. Te zwierzęta nie były agresywne. Robiły pod siebie ze strachu i próbowały się chować, kiedy zza każdego rogu wyskakiwał facet uzbrojony w długi kij, próbujący je uderzyć. Byki i krowy, które do tej pory prawdopodobnie żyły w zagrodzie przy jakimś wiejskim domu i nie zaznały negatywnego kontaktu z człowiekiem, nagle zostały wrzucone na środek ulicy i otoczone pijanymi, krzyczącymi niezrozumiałe słowa twarzami. Byłam wolontariuszką w schronisku, adoptowałam zwierzęta, które miały z człowiekiem bolesne doświadczenia. Jednak nigdy nic mnie nie ruszyło ta bardzo, jak ten „bieg”. Bo bestialstwo ludzkie, które widziałam do tej pory, dotyczyło jednego człowieka, potępianego przez całą resztę. Tu za to jest społeczeństwo, które bez wyjątku uznaje to za dobrą zabawę.
     Nie można kulturą i tradycją tłumaczyć cierpienia.
DSC_3473

DSC_3474

DSC_3490

DSC_3500

DSC_3502

DSC_3511

DSC_3516

DSC_3524

DSC_3531

DSC_3534

DSC_3536

DSC_3537

DSC_3540

DSC_3542

DSC_3563

DSC_3570

DSC_3634

DSC_3638