Przyjęło się, że oczekiwanie czegokolwiek za darmo jest domeną współczesnych matek. Chciałabym, żeby tak było. Żeby wszystkie inne grupy społeczne płaciły za usługi bez mrugnięcia okiem. Niestety, rzeczywistość jest całkowicie inna.


Może wiecie, a może nie wiecie – zależy czy jesteście nowi na blogu, czy śledzicie go już od jakiegoś czasu – z wykształcenia i zawodu jestem fotografem. Tym się interesuję i zajmuję już od kilkunastu lat i całkiem mi z tym dobrze.

Niestety, jak w każdej pracy z klientem, a zwłaszcza tej twórczej, spotkałam na swojej drodze masę roszczeniowych osób, z których niektóre zalazły mi za skórę na tyle mocno, że miałam ochotę rzucić to wszystko w pizdu i iść do pracy w jakiejś fabryce. I, wbrew internetowi, wcale nie przeważają tutaj matki szukające za darmo fotografa dla swojego bombelka. 


Fakt, jeden raz pewna kobieta napisała do mnie, że jeśli „dam jej dobry rabat, to pozwoli mi nawet zrobić zdjęcia swoich dzieci„, ale daleko jej było do studentki zdziwionej, że nie mam w ofercie żadnych zniżek na legitymację, albo dziewczyny, która obraziła się, że jej pies (pies, nie suka) nie wygrał konkursu na sesję ciążową.

Co chwilę trafiają się też początkujące modelki przekonane o swojej urodzie i umiejętnościach pozowania (wyćwiczonych podczas selfie przed lustrem) do tego stopnia, że nie wyobrażają sobie płacenia za zdjęcia (jedna kiedyś podczas umawiania się na sesję narzeczeńską stwierdziła wprost, że jest zbyt ładna, żeby za sesje płacić). Standardem jest, że kiedy dasz ogłoszenie o poszukiwanym konkretnym typie urody czy osoby do zdjęć za darmo (bo akurat masz taką a nie inną artystyczną wizję i potrzebę), to zgłoszą się wszyscy, łącznie ze swoimi dziećmi, zwierzętami i roślinkami. 

Ostatnio na jednej z babskich facebookowych grup fotografka dała ogłoszenie, o tym, że poszukuje zadbanej kobiety w ciąży. Długowłosej i w rozmiarze 38 (ciążowym oczywiście). Mało jej baby nie zjadły, bo przecież każda ciężarna jest piękna i powinna wszystkim zrobić darmową sesję, a nie wybrzydzać. Śmiałam się nie zgodzić, bo ja akurat jestem toczącą się, napuchniętą kulą hormonów, to mi też się oberwało.



Nie wiem, jak wyobrażacie sobie pracę fotografa, ale to nie jest wzięcie lustrzanki do rąk, cyknięcie paru kadrów według zasady trójpodziału (bo przecież na tym muszą bazować profesjonalne zdjęcia), a następnie nałożenie kilku filtrów w Lightroomie. Praca fotografa zaczyna się w głowie. Już w momencie, w którym umawiacie się na sesję. Stara się wymyślić dla Was coś specjalnego, indywidualnego i pasującego. Jeśli ktoś pisze do mnie przez stronę na facebooku, to standardowo zerkam na Wasz profil, żeby od razu pomyśleć, w jakich warunkach wyjdziecie najkorzystniej. Potem przychodzi czas umówienia się na sesję. Jeśli to plener, wybieram dogodne dla Was miejsce, w którym jednocześnie wyjdą dobre zdjęcia.  Może się Wam wydawać, że sama sesja to chwila. Często około godzinki (przy mini sesjach albo małych dzieciach zdarzało mi się wyrobić w trzydzieści minut). Jednak zapewniam Was, że ze strony fotografa jest to naprawdę intensywna godzina. Poza tym, że stara się Was ustawić, ale niezbyt nachalnie, żeby zdjęcia wyszły naturalnie, a Wy na nich jak najlepiej, to jeszcze sam wygina się i biega w te i wewte, żeby wszystko było idealne, dopracowane, a tło i kadry. 

– Vie pan, że innym określeniem ikonografa byłby „fotograf”? Od latacjańskiego słova „photus”, które oznacza.. 

– „Skakać dookoła jak wariat i rozstawiać wszystkich po kątach, jakbyś był właścicielem”? – spytał William. 

– Aha, zna pan to słovo

Terry Pratchett ‚Prawda’


To wszystko, to był dopiero początek.  Po dotarciu do domu nasza praca się nie kończy. Zdjęcia trzeba wybrać, a następnie zabrać się za retusz. Wiem, że są fotografowie, którzy walczą o to, że zdjęć się nie retuszuje. Ale jak powiedział Aleksander Ikaniewicz: „Jeśli ktoś nie retuszuje zdjęć, to dlatego, że nie potrafi„. I chociaż wydaje Wam się, że to tylko podkręcenie kolorków paroma kliknięciami w programie, to tak naprawdę jest to kawał ciężkiej i często upierdliwej roboty. Na jedno zdjęcie często poświęca się około godziny. 



Bardzo błędne jest myślenie, że wystarczy poszukać początkującego fotografa, bo dla niego to okazja do nauki i poszerzenia portfolio. W przerażającej większości przypadków z połączenia fotopstryka, który dopiero zaczyna i dziewczyny, która po prostu ma ładną buzię, ale zerowe doświadczenie, wyjdzie coś, czego oboje potem będą się wstydzić. Takie typowe Maxmodels: modelka w obcisłych jeansach i butach na obcasie wyginająca się w jakichś ruinach. Fotografowie na początku swojej kariery sami płacą za zdjęcia. Za szkoły, kursy, warsztaty. Z tego wszystkiego zdobywają masę doświadczenia i zdjęć, które coś wniosą do ich portfolio. Płacą za pozowanie profesjonalnym modelkom, które wiedzą, jak ustawiać się do zdjęć, a nawet potrafią takim fotografem pokierować i doradzić.
Oczywiście, większość fotografów, mimo rozwoju kariery, nadal wykonuje sesje, za które nie pobiera pieniędzy.


Nie myślcie jednak, że są to zdjęcia za darmo. Wszystkie dziewczyny, z którymi umawiałam się na sesje TFP (Time for prints) dawały na nich z siebie wszystko. Często miały konkretną koncepcję, wiedziały jak współpracować, a słysząc moją wizję potrafiły coś od siebie zaproponować. Praca z takimi osobami, to niesamowita przyjemność i faktycznie wszyscy na tym zyskujemy. Wiedzą, że mogą się do mnie odezwać w każdym momencie i jeśli akurat zgrają nam się terminy, to zawsze chętnie coś razem stworzę. 


Kolejna spora grupa to biznesmeni albo firmy. Niektórzy ludzie z niewiadomych powodów uważają, że wykonanie dla nich usługi za darmo przyniesie nam sławę i bogactwo. Co najmniej jakby byli papieżem oferującym pozowanie do aktów (tak, myślę, że na takich zdjęciach można by było się wybić). No cóż, nie. Wykonanie fotografii ich biura, zaprojektowanie logo czy zrobienie strony internetowej za darmo, „do portfolio” nie przyniesie nikomu (poza nimi oczywiście) żadnych zysków. Nie odezwą się potem do Ciebie nowi klienci, a znany możesz się zrobić najwyżej z tego, że jesteś frajerem pracującym za darmo. 
Wiem też, że często znajomi proszą o darmową usługę. O tym, jak sobie z tym poradzić świetnie napisała Natalia z bloga Jest Rudo. Ja na szczęście spotkałam się z tym tylko kilka razy, nigdy ze strony bliskich mi osób, więc nie miałąm problemu z podaniem od razu cennika. 



Piszę to wszystko z perspektywy fotografa, bo tak mi najłatwiej – tym się zajmuję i na tym zarabiam. Jestem świadoma jednak, że to samo spotyka grafików, blogerów, pisarzy czy wizażystki. Gdzieś ostatnio mi mignął nawet architekt, od któego kobieta chciała projekt domu („do portfolio” oczywiście). Winni są nie tylko klienci. Masa amatorów oferujących swoje usługi za darmo myśli, że cokolwiek na tym zyska. Kochani, nie zyskacie nic. A jak powiedział barman, z którym kiedyś pracowałam w Hiszpanii „Ludzie nie są wdzięczni, są chciwi”. Wpadając w krąg darmowych usług ciężko będzie Wam się z niego wyrwać i zacząć ten etap, kiedy faktycznie coś zaczniecie na swojej pracy zarabiać. 


Żeby nie pozostawić niedopowiedzeń – kocham moją pracę. Chciałabym tylko (jak zresztą reszta fotografów, grafików, programistów, tatuażystów i innych -ów zajmujących się tworzeniem czegoś), żebyście zrozumieli, że proponując nam zrobienie czegokolwiek ‚do portfolio’ okazujecie brak szacunku dla nas i dla naszej pracy.