I bardzo żałuję tej decyzji. 

Nie zrobiłam tego z przyzwoitości. Zresztą, nie trzeba mi się długo przyglądać, żeby samemu domyślić się, że średnio mnie interesuje, co wypada, a czego nie. Nigdy to, co powiedzą inni nie było dla mnie wyznacznikiem. Mimo to zdecydowałam się ochrzcić dziecko. Kierowały mną jednak całkowicie inne pobudki.



Nie jestem katoliczką. Wtedy nie byłam też antyklerykałem. Współczesne religie były mi wtedy całkowicie obojętne, a dawne wierzenia traktowałam jako ciekawostkę. Miałam też milion innych spraw na głowie, więc chrzest był ostatnią, o której myślałam. Młodzi rodzice na pewno rozumieją, o czym mówię – Twój mózg jest zajęty przetwarzaniem miliona sprzecznych informacji na temat noworodków i niemowląt. Czytasz o najlepszych pozycjach do spania, o tym jaka kupka świadczy o jakiej chorobie, zastanawiasz się, kiedy w końcu przestanie płakać i co do jasnej cholery robisz nie tak, że innym wychodzi, a Tobie nie. I obliczasz, za ile lat wyjadą na studia, a Ty się w końcu wyśpisz. Znacie to.


Kiedy Starszy miał trzy miesiące pojawiły się naciski z tej bardziej religijnej części rodziny. Dla mnie, osoby niewierzącej (i niewyspanej), pierwszym naturalnym odruchem była odmowa i ucięcie tematu. Nie wierzę, nie ochrzczę. Proste. 



A no nie tak proste, jak mi się wydawało. Widzicie, tym ludziom też nie zależało na tym, żeby ochrzcić dziecko, bo co sąsiedzi powiedzą. Oni autentycznie martwili się o jego biedną duszyczkę. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej się skłaniałam do ustępstwa. Bo przecież dla mnie to nic nie znaczyło. A dla nich naprawdę wiele. Stwierdziłam, że skoro jest to dla nich tak ważne, skoro kochają go i boją się o to, że w razie jakiegokolwiek nieszczęścia nie stałby się wesołym skrzydlatym aniołkiem, a trafił do otchłani (swoją drogą – spoko religia. Serio.), to co mi szkodzi. Nic to w moim życiu ani w życiu mojego dziecka nic to nie zmieni. Nadal nie miałam zamiaru wychowywać go w żadnej religii. Zgodziłam się.


Od tego czasu minęło kilka lat. Ja stałam się dużo bardziej świadoma. Moje poglądy na temat zorganizowania religii katolickiej w Polsce i jej wpływu na państwo i społeczeństwo z neutralnych stały się bardzo negatywne. To nie moment na zagłębianie się w to, bo to temat na osobny artykuł, jednak stwierdziłam, żeby liczba katolików w kraju była podawana bez wliczania w to mnie i mojego dziecka. Nie chcę sztucznie zasilać statystyk instytucji, której praktycznie wszystkie poglądy są sprzeczne z moimi. Czegoś, co spłyca myślenie i stoi przeciw wszystkim istotnym dla mnie wartościom, ubierając to na dodatek w płaszczyk miłości do bliźniego. Postanowiłam się wypisać. 


Cóż, nie da się. Przynajmniej nie w takim sensie, jakbym chciała. Istnieje apostazja, fakt, ale nazwiska dalej zostają w kościelnych księgach. Nawet jeśli mój syn po skończeniu osiemnastego roku życia zdecyduje się na nią, to jego dane dalej tam pozostaną. Chrztu unieważnić się nie da. Wypisać swoich danych z ksiąg z tego co udało mi się dowiedzieć, również. Chcąc nie chcąc przez moje jednorazowe ustępstwo, moje dziecko będzie przez najbliższych kilkanaście lat liczyło się jako statystyczny polski katolik. 


Jest mi z tym naprawdę źle. Żałuję, że nie przemyślałam wcześniej. Wiem, że przy drugim synu nie popełnię tego błędu i jeśli jakimś cudem w swoim życiu stwierdzi, że to jest właśnie to – to wiara, którą chce wyznawać (chociaż przy wychowywaniu w ateistycznym domu, w którym dzieci uczy się krytycznego myślenia wydaje mi się, że mógłby to zrobić co najwyżej w ramach buntu), to będę go wspierać, jak w każdej decyzji. Zgłosi się do kościoła, porozmawia z proboszczem i bez problemu zapisze się do wyznawców. Bo jak się okazuje, to żaden problem. Za to (przynajmniej formalnie) nigdy nie da się całkowicie odejść. 



Jeśli to nie jest Wasza wiara i Wasz strach o duszę dziecka. Jeśli chcecie to zrobić dla innych. Albo bo wypada. Albo żeby ludzie nie gadali. Apeluję do Waszego zdrowego rozsądku i proszę, żebyście nauczyli się na moim błędzie – przemyślcie wszystko bardzo dobrze. Czasami, nawet kiedy czujecie się zagubieni w początkach rodzicielstwa, warto tupnąć nóżką i głośno powiedzieć „NIE!” wszystkim, którzy chcą nakłaniać Was do zapisywania dzieci do jakichkolwiek zgromadzeń religijnych. Zwłaszcza, że niektórych rzeczy nie da się cofnąć.