Rzecz oczywiście o piciu. W Polsce zdarzyło mi się pracować zarówno w małych barach jak i w barowych sieciówkach. Jednak nigdzie nie zdziwiłam się tyle razy, co podczas prowadzenia przez dwa lata baru w Hiszpanii.


Kultura picia i sposób serwowania alkoholi są tam całkowicie inne niż u nas (jeśli trafi się tu jakiś barman z Anglii, Francji czy innych Włoch i zobaczy, że pewne rzeczy dotyczą nie tylko Walencji, bardzo proszę o wyrozumiałość – wypisuję tylko różnice między Polską a Walencją, nie mam pojęcia, czy niektóre praktyki są popularne także w innych miejscach świata).


Gin, gin i jeszcze raz gin!

Tutejsze puby często są nazywane po prostu Gin Barami. To zdecydowanie najpopularniejszy alkohol tutaj. Wybór jest tak szeroki, że nowicjusz głupieje patrząc na barowe półki.

Mamy więc: giny cynamonowe, truskawkowe, kwiatowe, tanie, drogie, kolorowe. Podaje się je w specyficzny sposób – w specjalnych szklankach zwanych baloon glass (ostatnio widziałam, że niektóre, bardziej znane marki ginów wprowadzają je również w Polsce), wlewając tonik (koniecznie ze szklanej butelki) po ustawionej pionowo długiej spiralnej łyżce barowej.

Do tego trzeba dodać konkretne dodatki, które dla każdego gatunku ginu są inne. Łatwo tutaj o gafę (sama miałam małą ściągawkę pod barem), bo jak już wspominałam, wybór jest spory. Hendricksa podajemy z ogórkiem i płatkami róży, Tanqueray ze świeżą pomarańczą i liściem mięty, Beefeatera z limonką i ziarnami jałowca, Citadelle z suszoną pomarańczą itd. 


Darmowa szama.

Coś, co u nas można spotkać tylko w niektórych lokalach (i to przy zakupieniu większej ilości alkoholu), tutaj obowiązuje nawet w najmniejszych wiejskich barach. Normą jest, że nawet zamawiając jedno małe piwo czy lampkę wina, dostajemy coś do pochrupania. Chipsy, orzeszki, oliwki, a do ginów… żelki! Jeśli nigdy nie próbowaliście tego połączenia, to szczerze polecam. Miło się zaskoczycie.


Piwa, nalejcie piwa…

Piwo możecie tutaj dostać w zasadzie w pięciu wariantach: Cana, czyli ok 0,25 lanego piwa, doble – 0,33 i litrowy dzbanek (wypijany zwykle na pięć osób). Butelkowe quinto i tercio odpowiadają objętościowo tym z kija. Nigdzie nie da się spotkać naszych normalnych, pólitrowych pokali, puszek czy butelek. 


Nigdzie się nie spieszy.

Nie jest tajemnicą, że Hiszpanie do wszystkiego podchodzą z ogromnym luzem i są ślamazarni. To samo z piciem. standardowy czas poświęcany na jednego drinka lub duże piwo to około godziny (a zdarza się często, że i więcej). W mojej prawie dwuletniej karierze tutaj tylko raz spotkałam się z przypadkiem, kiedy facet pił w normalnym dla nas tempie. 

Rekord należy do pewnej pani, która butelkę toniku męczyła przez trzy godziny.


Shoty

Tutaj zwane chupito. Co prawda istnieją, jednak praktycznie nie są zamawiane. Czasem trafi się jakaś jednostka, która poprosi o chupito tequili lub (częściej) Jagermeistra, jednak raczej decydują się na to, kiedy są zmuszeni (np muszą siusiu, a toaleta jest tylko dla klientów).

Pamiętam, jak jeden barman zdziwił się, że w Polsce z kieliszków pije się wódkę. Myślał, że to tylko w Rosji, ze szklanek, na dodatek tylko na filmach.


Elegancja Francja

Wspominałam wcześniej o baloon glass. To bardzo duży, okrągły kieliszek na długiej nóżce (możecie zobaczyć na zdjęciach w poście).

Jak mi to wyjaśnił pewien barman, ludzie tutaj lubią poczuć się ważni. W związku z tym każdy drink, normalnie podawany w longu czy whiskaczówce – piją właśnie w baloon glass. Serio, nawet wódkę z Red Bullem.

Wyglądają ładnie, faktycznie, ale wyznam Wam, że ich nienawidzę – dziadostwa są tak niestabilne, że doniesienie więcej niż trzech pełnych drinków na tacy do stolika graniczy z cudem.


Godziny otwarcia

To jest najbardziej pokręcone. W Polsce mając swój bar, siedzisz w nim ile Ci się tylko podoba. Możesz mieć otwarte do północy, do ostatniego klienta albo całą dobę – w końcu jesteś szefem.

Jeśli chcesz zamknąć, prosisz ludzi z zewnątrz o wyjście na taras, gdzie sobie w spokoju kończą napoje. Tu jest na odwrót. Ogródki piwne na ulicach muszą być (pod groźbą mandatu) zwinięte przed 1:00 (w lato 1:30), a ludzie z nich przesiadają się do środka.

To, jak długo możesz mieć otwarte zależy od wykupionej licencji. Restauracjo – puby zamykają się pół godziny po zwinięciu ogródka, bary około trzeciej, a kluby są czynne do rana (kolacje je się tutaj między 22:00 a 00:00 stąd tak długo otwarte knajpy)


Mimo tych wszystkich różnic – a może właśnie dzięki nim? – bardzo miło wspominam pracę za barem w Walencji. Może i wyklinałam w duchu ludzi, którzy zajmowali stolik męcząc przez dwie godziny piwo za jeden euro, ale jednak dużo się nauczyłam.

A czy Was kiedyś zdziwił jakiś zwyczaj podawania alkoholu za granicą?