Kiedyś brałam każdy anonimowy komentarz do siebie. Serio. Ty możesz być mądrzejszy.

A były to czasy bardzo anonimowego internetu, początki blogosfery. Czasy mojego pisania o małych penisach i udawanych orgazmach. Pisałam wtedy Girls Watch Porn (swoją drogą, wiecie, że tam dalej się coś dzieje bo Paulina dzielnie to pociągnęła, kiedy mi już zabrakło weny i chęci? Polecam zajrzeć). Wyobrażacie sobie, co się działo w komentarzach. Masa frustratów wylewających swoje żale w komentarzach. Tacy, co nie chciało im się nawet podpisać wymyślonym pseudonimem, co skutkowało kilkudziesięcioma komentarzami od „Anonima”. Ich treści nawet nie warto przytaczać, zresztą jedyne, co zapamiętałam, to że robiło mi się czasami autentycznie przykro.
   

Aż trafiłam na książkę słynnego Kominka. Nie pamiętam teraz, o którą konkretnie chodzi, bo obie czytałam w tym samym czasie. Zresztą, obie są warte polecenia.

     Przeczytałam. I zmieniłam swoje podejście do blogowania. Nie chcę wchodzić w szczegóły i psuć Wam zabawy z czytania tych książek, więc tak w skrócie – Tomek postanawia przyjrzeć się osobom, które go skrytykowały. Przyjrzeć tak wiecie – dosłownie. Kim dokładnie są, jak wyglądają.     Czytając to zrozumiałam, że właśnie tak wyglądają ludzie spinający tyłki w internecie. To nie są żadni eksperci, nikt szczególnie wykształcony czy inteligentny. To nie jest nikt, z kim warto nawet byłoby wchodzić w dyskusję. 


    Ostatnio byliśmy ze Starszym (w końcu mogę tak już pisać) na placu zabaw. Wiadomo, dzieciaki trafiają się różne. Mniej i bardziej posrane (nasze z tych bardziej). Każde na swój sposób, ale jakoś się w tej społeczności huśtawkowej odnajdują i bawią ze sobą. Tym razem trafiło się dziecko odstające od innych.     Od początku siedziała sama. Gruba dziewczynka w jaskraworóżowej sukience. W ręku tablet czy telefon. Zero uśmiechu na buźce (no, gębie). Już samym wyglądem i naburmuszoną miną odstawała od reszty, ale tego dnia na placu trafiły się jakieś takie fajne i miłe dzieciaki. Nikt nikomu nie dokuczał, dzieliły się zabawkami (parę innych grubasków też było – w tym nasz). Bez problemu wtopiła by się w tłum i mogła z nimi bawić.
    Ona wybrała utrudnianie innym zabawy. A to usiadła tak, żeby blokować wejście na zjeżdżalnie, a to kopnęła wieżę z klocków. To wyrwała z ręki zabawkę i rzuciła ją gdzieś obok. Jedyne momenty kiedy na jej twarzy było widać cokolwiek innego niż permanentny wkurw, to te, kiedy psuła innym radość. Taka typowa przyszła Grażynka z Poczty Polskiej, pani z Żabki albo… internetowy hejter. 
    Dzieciaki zrobiły coś, co mi naprawdę zaimponowało. Zamiast się wściekać, płakać czy w jakikolwiek inny sposób wchodzić z nią w interakcję – szły po prostu gdzie indziej. Blokowała dupskiem zjeżdżalnie, to szły do piaskownicy. Burzyła zamki z piasku – one zajmowały się huśtawkami. Obserwowaliśmy to przez dłuższą chwilę pełni podziwu. Dziewczynka w końcu się znudziła i poszła sobie, zostawiając cały plac zabaw reszcie dzieci.
    Widzicie, o co chodzi?


    Piszę to głównie dla tych, którzy albo dopiero zaczynają, albo piszą czy tworzą treści na tyle neutralne, że nie mieli czasu oswoić się z hejtem. Dla tych, którzy jeszcze próbują wchodzić w jakąkolwiek polemikę. A nawet jeśli nie, to każdy taki anonimowy komentarz biorą do siebie. Uczcie się od naszych dzieciaków – olejcie. Internetowi napinacze znudzą się szybciej, niż gdybyście wchodzili z nimi w dyskusję (albo nawet napisali im, że ich opinia jest nieznacząca – niech będzie na tyle nieznacząca, że nie warto tracić czasu na odpowiedź). Pewnie, na ich miejsce prędzej czy później przyjdą nowi, ale tamci, niekarmieni, pójdą sobie już do kogoś innego. 
    Jak dziewczynka w różowej sukience.