I całkowicie straciłam szacunek do tego kraju

     Słyszeliście pewnie o wielkiej hiszpańskiej gonitwie byków. W końcu, kto nie słyszał? Też byłam świadoma, że coś takiego istnieje. Miałam w głowie obraz puszczonych ulicom ogromnych zwierząt, które bez problemu potrafiłyby skrzywdzić człowieka i bandę uciekających przed nimi idiotów, którzy na własne życzenie ryzykują zdrowiem i życiem. Nie mogłam się bardziej pomylić.


     Nie wiedziałam, że poza TĄ wielką gonitwą, większość maleńkich miasteczek organizuje własne mini biegi. Naquera, mała wioska koło Walencji. Lubiłam chodzić tam z Olkiem na pizze w każdą sobotę. Ta nie była inna. Tylko, że na miejscu natrafiliśmy na pełno plakatów reklamujących jakąś imprezę. Nie znam hiszpańskiego na tyle, żeby zrozumieć całość, ale sugerując się słowami „vaca” i „toro” doszłam do wniosku, że załapiemy się na coś w rodzaju lokalnych targów bydła. Szybko okazało się, że się myliłam. Drzwi domów przy ulicy były zabezpieczone specjalnymi kratami, a co jakiś czas ustawiono specjalne płoty do wdrapywania się i punkty medyczne. Wszystko jasne – trafiliśmy na słynną hiszpańską gonitwę byków.

      Nastawieni na oglądanie dorosłych facetów, którzy próbują uciec przed dzikim zwierzęciem, stanęliśmy przy jednej z barierek. Oficjalny „wstęp” na trasę byków miały osoby, które ukończyły szesnaście lat. Prawda była taka, że przez płot przechodził każdy, kto miał na to ochotę, więc spokojnie razem z dorosłymi ludźmi biegały kilkuletnie dzieci. W powietrzu czuć było napięcie, usłyszeliśmy dzwony. Wszyscy czekali na byka. I w końcu się pojawił.     Zamiast rozjuszonego, ogromnego zwierzęcia zza rogu nieśmiałym krokiem wyszedł cielak. Półtora roku, góra dwa latka. Stanął po środku placu, nie wiedząc chyba za bardzo, co ma ze sobą zrobić i gdzie iść dalej. Rozglądał się po ludziach z nadzieją na jakąś wskazówkę i próbował zrozumieć, co się dzieje. Tłum nie czekał. Pijani ludzie (bo z racji takiej imprezy na każdym rogu za grosze sprzedawali alkohol – półlitrowe kubki wypełnione w połowie ginem albo whisky i dopełnione lodem i napojem) krzyczeli jedni przez drugich, klaskali, zaczepiali byka patykami. Robili wszystko, żeby go rozjuszyć i zwrócić na siebie jego uwagę. Przestraszony zrobił trzy kroki do tyłu i zmoczył się ze strachu. W końcu odwrócił się i ruszył biegiem pod górkę. Prawdopodobnie chciał dobiec do reszty swoich (wypuścili dwa takie byczki i trzy krowy). Ludzie stojący na jego trasie uznali to za powód do krzyków, ucieczki i bicia byka po nosie długim kijem.

      Nie patrzyliśmy więcej, poszliśmy do domu. Raz tylko po drodze zatrzymałam się zrobić jeszcze kilka fotografii. Postanowiłam wrócić o północy, kiedy miało dziać się coś z ogniem. Liczyłam w duchu na pokaz sztucznych ogni, ale znając hiszpańską skłonność do podpalania rzeczy przy okazji byle święta, byłam otwarta też na inne możliwości.      Znowu się pomyliłam. „Impreza z ogniem” oznaczała przypięcie podpalonych pochodni do rogów zwierząt i wypuszczenie ich tą samą trasą. Nie wiem, jak bieg się skończył. Mogę tylko przypuszczać, że niezbyt szczęśliwie dla zwierząt.


     To, co przerażało w tym wszystkim najbardziej, to fakt, że takie rzeczy dzieją się w teoretycznie cywilizowanym społeczeństwie. Że ludzie stoją, patrzą, cieszą się, pokazują to dzieciom, popijając wesoło kolejnego drinka. Rozrywka równa oglądaniu całymi rodzinami publicznych egzekucji kilkaset lat temu, jednak jakimś cudem nadal popularna w europejskim kraju. Te zwierzęta nie były agresywne. Robiły pod siebie ze strachu i próbowały się chować, kiedy zza każdego rogu wyskakiwał facet uzbrojony w długi kij, próbujący je uderzyć. Byki i krowy, które do tej pory prawdopodobnie żyły w zagrodzie przy jakimś wiejskim domu i nie zaznały negatywnego kontaktu z człowiekiem, nagle zostały wrzucone na środek ulicy i otoczone pijanymi, krzyczącymi niezrozumiałe słowa twarzami. Byłam wolontariuszką w schronisku, adoptowałam zwierzęta, które miały z człowiekiem bolesne doświadczenia. Jednak nigdy nic mnie nie ruszyło ta bardzo, jak ten „bieg”. Bo bestialstwo ludzkie, które widziałam do tej pory, dotyczyło jednego człowieka, potępianego przez całą resztę. Tu za to jest społeczeństwo, które bez wyjątku uznaje to za dobrą zabawę. I to nie jest jednorazowe. Przez pewien okres czasu każda mała wioska, każde miasteczko, organizuje w każdy weekend własne gonitwy. Widziałam potem jeszcze kilka, w różnych miastach. Zawsze było tak samo. 


     Nie można kulturą i tradycją tłumaczyć cierpienia.